Tagi

, , , , , ,

Dziś czuję się trochę lepiej, więc postanowiłam uporządkować drugą część mojej wyprawy marzeń. Supai – mała indiańska wioska gdzieś na dnie spalonego słońcem kanionu. Nie miałam jakiś konkretnych wyobrażeń ani oczekiwań, ale to, co tam zobaczyłam było dla mnie ogromnym zaskoczeniem. Niestety bardzo przykrym zaskoczeniem…pomijając ogromny bałagan wokół domostw ( ale przecież każdy żyje tak, jak chce ) najbardziej przeraził mnie widok zwierząt. Konie były w opłakanym stanie, dziennie pokonywały po 40-80 km, w ciężkich warunkach, a zapłaty, w postaci pożywienia i choćby podstawowej pielęgnacji, żadnej. Przy mnie padł jeden, był przeraźliwie wychudzony…musiałam o tym napisać. Miałam zamieścić zdjęcia, ale nie zdecydowałam się na to, samej mi ciężko na to patrzeć.
Na szczęście nie wszyscy przewoźnicy są tak okrutni. Aby dostać się do wymarzonych wodospadów trzeba wcześniej skorzystać z cudu techniki
i zatelefonować do wioski, aby zgłosić swoje przybycie w danym terminie.
W przeciwnym razie, albo zostaniemy odesłani z powrotem, albo będziemy musieli zaplacić jakąś kosmiczną stawkę za wstęp. Jak już przebrniemy przez formalności, męczącą podróż i miniemy sławną wioskę będzie tylko lepiej. Namiot, kąpiel w ciepłej rzece koloru turkusowego, cisza przerywana dziwnymi odgłosami zwierząt wcześniej nieznanych. Księżyc ogromnych rozmiarów, który jest jedynym przewodnikiem nocną porą. Druga wyprawa do wioski po jajka  rzuciła nieco swiatła na tą dziwną historię. Napotkany po drodze psycholog (teraz to on pełni rolę Szamana i uzdrawia dusze nieczyste dojeżdżając  aż z Idaho) wyjaśnił, że większość pieniędzy idzie na narkotykowy biznes, więc konie muszą sobie radzić obgryzając korę z drzew. Coż taki świat. Widać nawet w raju są zawirowania. Tak czy owak było to niezapomniane doświadczenie i jedno z niewielu tak pięknych miejsc na ziemi.