Tagi

, , , , ,

Po wspaniałej gościnie u naszych nowych znajomych w Tibilisi trzeba było z samego rana powrócić na dworzec Didube. To właśnie tam nasza podróż miała swój prawdziwy początek. W tym totalnym chaosie musieliśmy (z nieocenioną pomocą Zuraba ) odnaleźć właściwy pojazd, który zabierze nas do Stepantsminda. Po wielu krzykach, negocjacje wreszcie dobiegły końca i mogliśmy wyruszyć Gruzińską Gdrogą Wojenną do celu. Trasa była niezwykle piękna, ale jej urok był nieco przyćmiony przez pirackie wyczyny naszego kierowcy. Pogawędki przy otwartej szybie z innym kierowcami przy prędkości 140 km/h i krętych drogach to jak dla mnie było zbyt wiele. Ale gdy dotarliśmy na miejsce i powitał nas ośnieżony szczyt Kazbek wszystkie niedogodności zniknęły w jednej sekundzie. Zamieszkaliśmy u Wasilija ( przypominał nieco Louisa de Funes ), który przywitał nas cha-chą. Jak twierdził ten trunek zabija bakterie😉 i zabijał bezwzględnie wszystko, gdyż miał chyba z 70%. Potem była wyprawa do klasztoru Cminda Sameba. Wspaniałe miejsce, a widoki niezapomniane, mimo deszczowej aury. Przez większość wyjazdu lało, ale nie przeszkodziło to nam w zobaczeniu wodospadów i tryskającej zielenią doliny Sno. Niestety dzień przed naszym przyjazdem zamknięto drogę na Kazbek ze względu na lawinę błota i podtopienia w tamtym rejonie. Policja pilnowała czujnie wszystkich załamanych tym faktem turystów. W ostatni wieczór trafiliśmy do knajpki, którą polecili nam nasi znajomi z kwatery (pozdrawiamy!) a tam po kilku kieliszkach cha-cha z kelnerem Rudolfem, właścicielem Zurabem i Edwardem – szefem kuchni odpłynęliśmy do innego wymiaru. Ale zawody w krojeniu cebuli udało się jeszcze zarejestrować. Ale to temat na całkiem inną opowieść. W każdym razie poznaliśmy tu wspaniałych ludzi i to jest najważniejsze. To miejsce będzie mi się już zawsze kojarzyło z malachitowymi wzgórzami, które wyglądały jakby były utkane z pluszu, mocnym bimbrem i miłymi ludźmi.